ciąg dalszy…
Wisiał na pasach głową w dół.Musiał być nieprzytomny.Samochód mógł w każdej chwili eksplodować.Nie pamiętając o własnych obrażeniach,Steve zdołał dotrzeć do auta.”Tony,uciekaj!”-krzyczał.Nie było odpowiedzi.Silnik zawarczał gwałtowniej,a benzyna wciąż sączyła się w piasek.Działając instynktownie,Steve odpiął pasy Tony’ego,złapał go i odciągnął od auta.
Gdy położył go na piasku w bezpiecznej odległości od wraku,zbadał mu puls.Był słabo wyczuwalny,ale był.Steve sam był w szoku,ale jak nauczono go w wojsku,zastosował pierwszą pomoc:poluzował ubranie Tony’ego,ułożył mu wyżej nogi,zwilżył wargi,osłonił przed słońcem.”Nie martw się,Tony,wyciągnę nas stąd-mruczał pod nosem Steve.-Wszystko będzie dobrze”.Puste słowa uleciały nad pustynią.Tony majaczył,trzęsąc się w upale.Co teraz zrobią?Steve zdjął koszulę i okrył nią Tony’ego.Potem z wielkim trudem wrócił do samochodu.Uświadomił sobie,że gdy oślepił go wirujący pisek,uderzył w wystający głaz.Samochód przekoziołkował kilka razy i od strony kierowcy był całkowicie zgnieciony.Drzwi zostały odrzucone na kilka metrów.Steve’owi włos zjeżył się na głowie..Gdyby miał zapięte pasy,zostałby zmiażdżony przez dach samochodu.Zamiast tego na skutek gwałtownego uderzenia został wyrzucony z auta.Poszczęściło mu się,ale co teraz?
Tony był poważnie ranny,więc powrót na nogach był niemożliwy.Znajdowali się naśrodku pustyni,a dookoła ciągle szalała burza piaskowa.Nie mieli żywności i zapas wody tylko na kilka godzin.Steve,choć miał radio i próbował wezwać pomoc,nie otrzymał odpowiedzi na wezwanie.”Nikt nie wiedział o naszy istnieniu,koledzy wbazie nie spodziewali się nas przed wieczorem,nie rozpoczną poszukiwań aż do jutra”.Walcząc z uczuciem bezsilności,Steve złapał broń,skrzynkę z amunicją i postrzępiony koc.Jeszcze raz rozejrzał się w poszukiwaniu obrączki,której znalezienie było jednak nie możliwe.
Tony otworzył oczy w chwili,gdy Steve wracał.
-Co,do cholery się stało?-wymamrotał.Steve opowiedział mu o wypadku,dodając swoje przeprosiny.
-Za bardzo się martwisz,chłopcze,tylko nas stąd wyciągnij.
-Jasne-Steve spojrzał na wystraszone oczy sierżanta i skłamał-zawiadomiłem chłopaków przez radio,powinni być lada chwila.
Tony lekko się uśmiechnął i zamknął oczy.Steve pochylił głowę i zaczął się modlić.
Minęły dwie godziny,w czasie których Tony chwilami odzyskiwał przytomność.Steve’a wszystko bolało i był załamany.Obawiał się śmierci Tony’ego bardziej niż własnej,ponieważ czuł się odpowiedzialny za wypadek.Po raz pierwszy,odkąd brał udział w tej wojnie,rozpłakał się.
Nagle coś się zmieniło w pustynnej atmosferze.Czy to był dźwięk czy wołanie?Steve podniósł się gwałtownie i zmrużył oczy,by móc coś znowu zobaczyć przez ciągle wirujący piasek.Czy ktoś się do nich zbliżał?Czy był to wróg?Nie!”Hej”-zaczął krzyczeć w kierunku amerykańskiego humvee z jednym żołnierzem za kierownicą.Steve ledwie mógł uwierzyć.Czy to sen?”Nie odjeżdżaj!”
To jednak nie była fatamorgana.Humvee zbliżył się,żołnierz wysiadł,podszedł do Steve’a i położył mu rękę na ramieniu.
-Proszę leżeć spokojnie,zajmę się panem,wyciągniemy was.Mówiąc to uśmiechnął się.Steve był zaskoczony.Pamiętał ten uśmiech.To był Matthews,lekarz wojskowy,któremu kilka miesięcy temu wskazał drogę.
-Jak…?-zaczął Steve.
-Ja też się cieszę,że cię widzę-Odparł radośnie Matthews.
-Zostałem wyznaczony do eskortowania pojazdów.Jakieś dziesięć minut za mną podąża konwój.Zaraz tu będą.
-Jak nas tu znalazłeś?-nalegał Steve wciąż zdumiony przybyciem Matthews.-Dotarło moje wezwanie przez radio?
-Jakie wezwanie?Przejeżdżamy tędy w drodze powrotnej.
„Drodze skąd?”-chciał zapytać Steve,ale zamiast tego opadł z wdzięcznością na piasek.Chciał,by ktoś wziął na siebie część odpowiedzialności,jaka na nim spoczywała,bez względu na to,jaki cudowny zbieg okoliczności go tu sprowadził.Tracąc i odzyskując przytomność,czuł,że żołnierz zajmmie się Tonym,a później także i nim.Matthews przywiązał Steve’a do długich noszy,rozciął mu spodnie,odpiął kaburę,zabezpiczył jego rękę i dał środek przeciwbólowy,a wszytko delikatnie i z wprawą.Steve był uratowany,a co ważniejsze-uratowany był Tony.Słychać było zbliżający się helikopter ratunkowy.To był cud…
Steve przekonał się,że konwój,który miał prowadzić sierżant Matthews,nigdy nie nadjechał.Kto wezwał pomoc?Być może nigdy się tego nie dowie.Jego modlitwa została jednak wysłuchana,a teraz zbliżał się helikopter i podnosił piasek.Kiedy wylądował,czterech sanitariuszy podbiegło do nich.Podnieśli płócienne nosze,na których leżał Tony,i zanieśli do helikoptera,a potem wrócili po Steve’a.

- Dziękuję!-krzyknął Steve do Matthews,kiedy mężczyźni go podnosili,ale wysokie dźwięki wirnika helikoptera były zbyt głośne.Nie było szansy,żeby Matthews go usłyszał.Sierżant jednak podbiegł do Steve’a,schylając się pod śmigłem i uśmiechając się w ten swój niesamowity sposób,wsunął mu coś do ręki.Potem z kciukiem podniesionym do góry w geście poparcia odwrócił się.Steve otworzył dłoń.Trzymał w niej złotą obrączkę,trochę pogiętą,ale jaśniejącą jak obietnica nowego życia.Jak to możliwe…
Jednak czas na pytania się skończył.Zaczął się czas na odpoczynek i kurację.”Dzięki ci,Matthew.Dzięki,Ci Boże”.Steve wsunął obrączkę na palec i położył się w chwili,gdy helikopter wzniósł się nad ziemią.

Na pdstawie książki „Spotkanie z aniołem” Joan Wester Anderson