blue-angel blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2007

Kiedy widzisz Boży palec we wszystkim,
łatwiej jest pozostawić wszystko w Jego rękach.
(AUTOR NIEZNANY)

W sierpniu 2003 roku,w Kelowna w Kolumbii Brytyjskiej,wielki pożar lasu przedarł się do miasta i spowodował zniszczenie dwustu pięćdziesięciu domów.Ponad trzydzieści tysięcy ludzi zostało zmuszonych do ewakuowania się z tego obszaru.Kilka dni później,gdy pozwolono pogorzelcom na powrót,by zobaczyli,co zostało z ich domów,towarzyszyli im z kamerą reporterzy.Jedna zkobiet dotarła z nimi do ruin swego domu.Na pierwszy rzut oka nic nie pozostało oprócz fundamentów,kominów i kominka.Najwyraźniej straciła wszystko.
Potem jednak reporter skierował kamerę na coś,co pokazywała kobieta.Na gzymsie kominka,okopcone,lecz nieuszkodzone stały jej trzy ceramiczne aniołki.Znak był czytelny:zostało jej to,co było naprawdę wartościowe.
Nie dla wszystkich obecność aniołów jest tak oczywista.Większość ich czynów jest cicha.Nie widzimy ani nie słyszymy niczego szczególnego,a jeśli czujemy jakiś wewnętrzny impuls,interpretujemy go jako działnie naszej wyobraźni.Czasem jednak w powietrzu pozostaje jakieś napięcie i wtedy wiadomo,że tu byli.Czy aniołowie byli obecni przy wydarzeniach,jakie tu opiszę?Sami zadecydujcie.

***
Shalise Hickman z przedmieść Chicago była bardzo związana ze swoją babcią Alyce.”Mój dziadek zmarł,gdy miałam siedem lat,więc babcia miała dla mnie dużo czasu”.Alyce przychodziła na wszystkie spotkania w szkole i w kościele,żeby podziwiać występy wnuczki,gdy grała w sztukach i śpiewała w chórze.Gdy jej wnuczka poszła do college’u,Alyce razem z rodzicami Shalise przyjeżdżała do niej w odwiedziny.Poznał jej chłopca,spodobał jej się i już zaczynała wyobrażać sobie ślubną uroczystość.
Ale kiedy Shalise była na pierwszym roku,Alyce zmarła.”Nie mogłam się pozbierać-przypomina sobie Shalise.-Babcia była dla mnie kimś wyjątkowym i miałam nadzieję,że spędzimy razem jeszcze wiele wspaniałych lat”.Alyce nigdy nie zobaczy swoich prawnuków,co gorsza nie będzie obecna na ślubie.Shalise miała złamane serce.
Minął rok i zaczęły się przygotowania do ślubu.Ponieważ miał się odbyć na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia,panie miały mieć na sobie ciemnoczerwone welwetowe suknie,a wszyscy uczestnicy świece umieszczone w zielonych bukietach.W kościele i przy wejściu miały być świąteczne dekoracje,więc wszystko powinno wyglądać wspaniale.”Ponieważ jestem bardzo uczuciowa,obawiałam się,że się rozpłaczę na ślubie-mówi Shalise.-Wiedziałam,że babcia by mnie uspokoiła i sprawiła,że czułabym się silniejsza”.Gdyby tylko babcia mogła tego dnia być z nią.
Ale czy na pewno jej nie było?Shalise wierzy,że ci,którzy nas kochają,nigdy nas nie opuszczają.Nie miała jednak pewności,czy tak jest.Może Bóg mógłby dać jej jakiś znak,że Alyce jest przy niej.”Postanowiłam,że poproszę o śnieg w dniu mojego ślubu”-mówi Shalise.Śnieg w grudniu w Chicago nie był niczym niezwykłym.Może takie malutkie życzenie mogłoby się spełnić.
Jednakże w dniu ślubu było sucho i ani nie było śniegu,ani go nie zapowiadano.Kiedy ona,jej matka i dwie druhny przygotowywały się do wyjścia do fryzjera,Shalise spojrzała na niebo.Było błękitne i zupełnie czyste.Ale był jeszcze czas.”Babciu-wyszeptała.-Bądź dzisiaj ze mną”.
Gdy zakładały płaszcze,zadzwonił tata.”Wyjrzyjcie przez okno”.Wszyscy podeszli do okna i popatrzyli niepewnie.Z nieba padały wielkie płatki śniegu,pokrywając brązową trawę i wyschnięte żywopłoty,zamieniając bury krajobraz w zimową krainę czarów.Płatki były nadzwyczaj duże i piękne,jakby każdy z nich był specjalnie utkany.”Włączymy światełka przed domem-zaproponowała mama.-Wszystko będzie takie piękne”.
Shalise wybiegła na podjazd i popatrzyła w niebo.Płatki spadały jej na nos i policzki,a każdy był jak pocałunek anioła.Czy był to znak,na który tak długo czekała,czy tylko przypadek?Babciu-wyszeptała.-Czy to ty?”.
Już w drodze do fryzjera,gdy skręciły z długiego podjazdu na ulicę,przekonała się,że to naprawdę był prezent tylko dla niej.
Nigdzie indziej nie było śniegu.Nie było miękkich płatków na żadnym innym podjeździe.Nie tańczyły i nie wirowały w powietrzu.Nie było światełek przyprószonych białą pajęczyną.Wszystko było bezbarwne,suche i zwyczajne,wszystko,z wyjątkiem zimowej scenerii przed domem Shalise,stworzonej tylko dla niej.
Śnieg nie padał także w okolicy salonu piękności,gdzie były umówione do fryzjera.A kiedy Shalise i reszta pań wróciły do domu,nie było nawet śladu po śniegu przed jej domem.Jednak Shalise była spokojna podczas ceremonii i taka pozostała.Teraz wie,że żadna modlitwa nie jest zbyt błaha dla Boga.

Na podstawie książki „Spotkanie z Aniołem” Joan Wester Anderson

Powinniśmy poznawać aniołów już teraz,
jeśli chcemy spędzić z nimi wieczność.
(PIUS XII)

Badania dowodzą,że starsi ludzie mają pozazmysłowe doświadczenia tak samo często jak dzieci.Krzepiąca jest myśl,że nawet wtedy,gdy już nas nie ma,są aniołowie,którzy troszczą się o naszych najbliższych i którzy wiedzą,co trzeba robić.
Paul i Mona Barkleyowie z Schaumburg w Illinois mieli wiele szcunku do Kard.Josepha Bernardiniego.Gdy został wybrany,aby przewodzić archidiecezji,przedstawił się z pokorą mieszkańcom Chicago jako „Józef,Wasz Brat”,co sprawiło,że wszyscy byli pod wrażeniem.Wiele lat później,gdy okazało się,że umiera na raka trzustki,ujął ich całkowitą akceptacją woli Bożej.
Kiedy kardynał zmarł 14 listopada 1996 roku,władze kościelne zaplanowały mszę pogrzebową w Katedrze Świętego Imienia,po której miała się odbyć procesja przez North Side i West Side na cmentarz Mount Carmel na Hillside.”Plan był dobry.Jedyne,czego nie przewidzieliśmy,to czas,jaki będzie potrzebny do przejścia procesji na cmentarz”-mówi Paul.Tysiące ludzi zablokowały drogę przez miasto i samochody stały w korku.
Zanim procesja doszła na miejsce,było już ciemno i mnóstwo ludzi czekało przed bramą cmentarza.Ponieważ chodziłem o lasce,uważałem,że lepiej będzie zostać przed bramą i nie podchodzić do grobu kardynała w mauzoleum.Postanowiliśmy,że wstąpimy tam innym razem,przy okazji odwiedzania grobów rodzinnych”.Poszli do domu w poczuciu,że choć w części wywiązali się z obowiązku towarzyszenia kardynałowi w jego ostatniej drodze.
Całą zimę mazoleum było zamknięte,więc najbliższa okazja,by je odwiedzić,nadarzyła się dopiero w kwietniu 1997 roku.Budynek mauzoleum jest usytuowany na szczycie wzgórza Mount Carmel i ma ciekawą klaszyczną architekturę:witraże w oknach dach w kształcie kopuły z umieszczoną na szczycie rzeźbą Archanioła Gabriela,trzymającego w rękach trąbę.Wszyscy chicagowscy kardynałowie i biskupi od czasów powstania archidiecezji byli tam chowani.Jedyne wejście do mauzoleum stanowią kamienne schody prowadzące do głównych drzwi.”Nigdy wcześniej nie myśleliśmy o odwiedzeniu tego miejsca-mówi Paul.
-Mona jednak była ze mną,by mi pomóc,i bez problemu pokonałem wysokie schody”.Czas szybko mijał i w mauzoleum z każdą chwilą było coraz mniej ludzi,a wkrótce zostali zupełnie sami.Ponieważ robiło się coraz ciemniej,zdecydowali,że pora wracać.Przeszli przez główne drzwi i stanęli na wprost długich kamiennych schodów.”Teraz wydają się bardziej strome”-pomyślał Paul.Nie było poręczy,której mógłby się przytrzymać,by zachować równowagę.Czemu nie zauważył tego wcześniej?Zdał sobie sprawę,że trudno mu będzie bezpiecznie zajść,nawet z pomocą Mony.Odmówił krótką modlitwę,prosząc o pomoc.Niestety,poręcz się nie pojawiła w żaden cudowny sposób.
Oboje z Moną popatrzyli na siebie.”A może gdybym usiadł i próbował się zsunąć stopień po stopniu?”-zapytał Monę.Ona jednak nie była pewna,czy to dobry sposób i czy jego plecy i pośladki nie ucierpiałyby za bardzo.A gdyby się potknął i stoczył w dół?Cóż więc robić?
Nagle,zupełnie nie wiadomo skąd,po prawej stronie Paula pojawił się młody człowiek,który podał mu ramię.”Proszę się na mnie wesprzeć-powiedział.-Wygląda pan,jakby przydała się panu pomoc”.Paul i Mona byli zaskoczeni.Skąd on się wziął?Nikt nie wchodził po schodach i nikogo nie było w mauzoleum,a oto pojawia się miły młody człowiek gotów pomóc Paulowi zejść bezpiecznie po schodach.Wspierając się na silnym ramieniu nieznajomego,głośno zażartował:”Musisz być Aniołem Stróżem”.Młody człowiek uśmiechnął się,sprowadzając Paula ostroznie z pierwszego stopnia.Mona zakłopotana szła za nimi.Zauważyła,że był elegancko ubrany,nie był zatem pracownikiem cmentarza ani ogrodnikiem.Skąd wiedział,że potrzebują pomocy?
„Nie pamiętam szczegółów,wiemtylko,że czułem się bezpieczny,że jestem w dobrych rękach-wspomina Paul.-Wydawało mi się,że pokonaliśmy te schody w rekordowym tempie,prawie się ześlizgując.Samochód był zaparkowany na małym podjeździe u podnóża schodów i to był jedyny samochód na całym parkingu.Młody mężczyzna zaprowadził Paula bezpiecznie do auta i dopiero wtedy go puścił.Paul odwrócił się,by okazać mu wdzięczność,ale jego dobroczyńca zniknął tak nagle,jak się pojawił.Mona i Paul stali kompletnie zaskoczeni.Czy to im się wydawało?Jednak Paul znalazł się bezpiecznie przy aucie i żadne z nich nie potrafiło tego wytłumaczyć.”Gdyby nie to,że była ze mną Mona,pomyślałbym,że moja wyobraźnia płata mi figle”-mówi Paul.
Ale czy nie modlił się do Boga,prosząc o pomoc tam,wysoko na schodach?I czy ten sam Bóg,który troszczył się o niego przez całe życie ,nie wysłuchał go także i teraz?

Na podstawie książki „Spotkanie z Aniołem” Joan Wester Anderson

ciąg dalszy…
Posłuszna głosowi przedostała się przez canoe i pobiegła na sam koniec mola,gdzie była drabinka do schodzenia do wody.Michael potrafił wspinać się do góry po drabinie,ale nie potrafił schodzić po niej w dół.Ale czy na pewno?
I wtedy świat się zatrzymał.Niedaleko od mola,na powierzchni wody,twarzą w dół unosiło się ciało jej syna.
Często sie słyszy o ludziach,którzy dostają nagły przypływ adrenaliny w sytuacjach ekstremalnych,zadziwiający przypływ energii czy siły pozwalającej na robienie rzeczy,których w innym razie nie byliby w stanie zrobić.To,co przeżyła Debbie,było jeszcze mocniejsze.Wrzeszcząc histerycznie i wołając Toma,nagle poczuła,że ktoś ją podnosi i wrzuca do wody.”Jakbym była marionetką na sznurkach,którymi ktoś pociąga,ponieważ to na pewno nie ja skoczyłam z mola do wody,podpłynęłam do Michaela i odwróciłam go.Byłabym sparaliżowana ze strachu,gdybym była tam sama.Ktoś na pewno jeszcze tam był”.
Ale to ona przeżyła horror,gdy spojrzała na szarą twarz dziecka i czuła jego bezwładne ciało.”Straciłam go”-pomyślała w rozpaczy,mimo że robiła sztuczne oddychanie jeszcze w wodzie.”Teraz zostało mi tylko dwoje dzieci.Proszę Cię,Boże…nie!”.
„Wiedziałam,że jest w drodze do nieba,ale nie mogła pozwolić mu odejść”.Oszalała zaczęła masaż serca i sztuczne oddychanie.Tom pomógł jej wynieść Michaela z wody i ułożyć na trawie…Nie mogłam przestać go ratować i modlić się.I nagle Michael wyrzucił z siebie wodę”.
Tom dowiedział się,gdzie znajduje się najbliższy ośrodek zdrowia,nie dzwonił po karetkę,bo pewnie miałby trudności z pokierwaniem jej do ich domku.Szybko się pozbierali,ponieważ Michael co prawda oddychał,ale tracił co chwilę przytomność.
„Dziewczynki módlcie się”-poprosiła roztrzęsione córki,a one zaczęły raz po raz odmawiać Ojcze nasz.Zanim dojechali do przychodni,Michael odzyskał przytomność i rozmawiał.Lekarze zrobili mu wszystkie konieczne badania,ale nie znaleźli żadnych uszkodzeń fizycznych,nie stwierdzili też urazu psychicznego.Niewiarygodne,ale koszmar skończył się.
Choć Debbie nie chciała jechać do domku,To się nie zgodził.”Jesteśmy rodziną i musimy to razem pokonać”-powiedział.Musiała się więc zgodzić.
„Tego popołudnia Michael uciął sobie długą drzemkę-przypomina sobie Debbie.-Kiedy się obudził,zapytaliśmy go,co właściwie się stało?”.Michael przyznał się,że nie chciał włożyć kamizelki ratunkowej.Był pewien,że da sobie radę bez niej,i chciał się o tym przekonać,schodząc do wody po drabince.
-Ale Bóg był w wodzie-powiedział.
-Gdzie był Bóg?-zapytała Debbie.-Jak wygladał?
-Narysuję ci-zaproponował Michael i tak zrobił.
Trzeba przyznać,że Bóg z rysunku nie przypominał niczego,co Debbie widziała,ale miał na sobie kamizelkę ratunkową.Michael nigdy już nie zaprotestował przy jej ubieraniu.
…Można stracić dziecko w mgnieniu oka.Ale Bóg dał nam aniołów,żeby pomagali nam je chronić.Rodzice codziennie powinni prosić aniołów o pomoc.”Nauczyłam sie modlić,zanim coś zrobię,nawet jak nie ma zagrożenia-mówi Debbie.-Modlić się przed rozmową z dziećmi o problemach,prosić Boga,by dał mi mądrość,cierpliwość,bym naprawdę umiała się zatrzymać i posłuchać”.Przekonała się przecież,że modlitwa wszystko zmienia.

Na podstawie książki”Spotkanie z Aniołem” Joan Wester Anderson

To smutne,a jednocześnie prawdziwe,
że na krótko przed tym,jak się rodzimy,
anioł kładzie nam palec na ustach i mówi:
„Cicho sza,nie mów,co wiesz”.
Dlatego rodzimy się z wgłębieniem na górnej wardze
i nie pamiętamy,skąd przyszliśmy.
(RODERICK MCLEISH)

W piękny czerwcowy dzień Debbie Smith krzątała się wokół swego niedawno kupionego domku na plaży w Wisconsin.Wraz z mężem Tomem kupili domek,by spędzać w nim weekendy i wakacje.Debbie zajmowała się wykańczaniem domku,tak by był wygodny i funkcjonalny dla trojga jej dzieci:sześcioletniej Megan,czteroletniej Carrie i dwuipółletniego Michaela.Debbie jest położną i w tym czasie pracowała na część etatu.Myślała też o zabraniu się za profesjonalne projektowanie wnętrz,ale jak wiele młodych mam miała głowę zajętą całą masą spraw.Domek letniskowy był dla niej wytchnieniem.
„Pokój dziecinny i weranda wychodziły na jezioro,a trawnik schodził prosto do wody-opowiada Debbie.-Od razu nakazaliśmy dzieciom,że jeśli zejdą choć na krok od werandy,muszą ubierać kamizelki ratunkowe”.Oczywiście nie było im wolno zbliżać się do wody bez Debbie lub Toma.Aby jednak zapewnić dzieciom bezpieczeństwo,a zwłaszcza Michaelowi,Tom postawił swoje canoe dnem do góry w poprzek mola,tak by wystawało ponad metr nad wodę.Gdyby Michael chciał dostać się na molo,musiałby pokonać przeszkodę w postaci canoe albo użyć drabiny.Michael był żywym dzieckiem,ale też bardzo posłusznym i przestrzegał zakazu samodzielnego wychodzenia nad wodę.Gdy Debbie i Tom zabrali dzieci poprzedniego dnia nad jezioro,cała trójka zachowywała się bardzo grzecznie.Dzieci poznawały dopiero nowe miejsce,więc reguły dotyczące bezpieczeństwa odgrywały ważną rolę.
Tego dnia Debbie nie była jeszcze gotowa do wyjścia.Musiała sprzątnąć łazienkę,a szczególnie wannę.Poprzedniego dnia zrobiła dzieciom kąpiel po tym,jak wyszły z zimnej wody w jeziorze,i na dnie wanny było pełno piachu.Przed wyjściem chciała to spłukać,by lśniąca i gotowa wanna czekała na dzieci.
-Możemy już iść,mamusiu?-zapytała Carrie.
Megan była już na zewnątrz i czekając,aż przyjdą inni,pomagała Tomowi zamiatać garaż.
-Chodź,mamusiu-zawtórował siostrze Michael.
-Znacie zasady-odpowiedziała Debbie,nie odwracając się.
-Musicie włożyć kamizelki ratunkowe.
Carrie grzecznie poszła do swojego pokoju,ale Michael został.
-Chcę już iść-powtórzył.
Piasek nie chciał się tak łatwo spłukać,a Michael nalegał.
-Idź i weź swoją kamizelkę,Michael-powiedziała Debbi.
Kiedy wyszedł z łazienki,dodała krótką modlitwę:”Aniele Strózu,czy mógłbyś popilnować Michaela,dopóki tego nie skończę?”.
Debbie przyznaje,że modlitwa była niezwykła,bo bardzo rzadko zwracała się do aniołów i nie miała zwyczaju prosić ich o pomoc.”Jeszcze wtedy nie wiedziałam,że mogę”.Zawsze była nieco sfrustrowana,gdy prace były nieskończone,panował nieporządek i szukałaby wtedy pomocy,gdzie się da!Wykorzystując chwilę ciszy,Debbie skończyła myć wannę.Postanowiła jeszcze zebrać wczorajsze mokre ręczniki i nastawić pranie.
Do łazienki weszła Carrie i zapytała:
-Gdzie jest Michael,mamusiu?
-Carrie,nie wchodź tutaj,podłoga jest mokra.
-Mamusiu,gdzie Michael?
-Jest u siebie,poszedł po kamizelkę.
Debbie szła do pralki ze stosem mokrych ręczników.Carrie poszła za nią.
-Mamusiu,gdzie jest Michael?-domagała się odpowiedzi.
-Gdzie on jest?
W pewnym momencie Debbie zdała sobie sprawę,że córka powtarza to pytanie od kilku minut.Carrie zadawała tyle pytań,że Debbie nauczyła się „wyłączać”.
-Nie ma go w domu?-zapytała.
Carrie pokręciła głową.Miała na sobie kamizelkę i buty do wody.Na pewno Michael też przygotowuje swój wodny sprzęt.
A jednak się myliła.Nie było go w sypialni,a kiedy sprawdziła resztę domu,okazało się,że tam też go nie ma.Nie było widać malca na werandzie ani na trawniku.Odsuwając od siebie myśli o tym,co najgorsze,wyszła na zewnątrz.Napewno jest tuż za rogiem.
-Mamusiu,gdzie jest Michael?-nalegała Carrie.
Debbie poszła do garażu,który Tom i Megan porządkowali po remoncie.
-Jest z wami Michael?-zapytała.
-Nie,myslałem,że jest z tobą-odparł Tom.
Oboje spojrzeli na siebie.Gdzie jest Michael?
Z coraz większym niepokojem Debbie zaczęła biec jeszcze raz naokoło domu i w kierunku jeziora.Nikogo tam nie było,a Michael nie dałby rady wspiąć się na canoe.Już chciała zawrócić,gdy gdzieś z głębi usłyszała głos.”Idź na molo”-rozkazywał.Na molo?

***
Wojna.Toczy się na świecie nieprzerwanie.Tam,gdzie wybucha,pojawia się także nadzieja.
19 marca 2003 roku zbliżał się koniec wojny w Iraku.Żydzi w Jerozolimie świętowali wówczas Purim,wyzwolenie ludu przez Boga,jak zapisano w Księdze Estery.W pewnym momencie,gdy wszyscy świętowali,pojawiła się na niebie majestatyczna tęcza.Ci,którzy obserwowali to zdarzenie,opwiadali później,że chwilę wcześniej padał deszcz,ale w tym momencie już przestał i świeciło jasno słońce.Nie było więc warunków potrzebnych do powstania tęczy.A tęcza rosła coraz jaśniejsza,jej prawy koniec wskazywał na Pustynię Judejską,lewy-miejsce nieopodal Góry Oliwnej.”Jak się przyglądaliśmy,kolory zmieniały się,a tęcza rozciągała się tam,gdzie wznosi się starożytne Miasto Dawidowe,by połączyć Górę Moria i Wzgórze Świątyni-ktoś zauważył.Tęcza była widoczna na niebie przez pół godziny,a nad nią powstała druga,mniejsza.
W tym czasie zaczynał się okres Wielkiego Postu.Pastor kościoła prezbiteriańskiego Barb Sherer szukała popiołu dla żołnierzy protestanckich w obozie w Udairi Camp w Kuwejcie.”Zgodnie z tradycją palmy wielkanocne spala się,a popiołu z nich używa się w następnym roku do posypania głów wiernych na znak pokuty-mówi Barb.-Ale na pustyni nie mieliśmy popiołu”.
Nie z palm.W poprzednim tygodniu spaliła się kantyna i ogień przeniósł się na pięć pobliskich namiotów.Zdumiewające,że wszyscy zdołali uciec,a to,co miało być tragedią,okazało się cudowną okolicznością.Jaki popiół jest lepszy od tego z pożaru?
Ponieważ obszar ten był pod kontrolą Barb,wzięła naczynie i poprosiła oficera dyżurnego o pomoc.Oficer polecił jednemu z żołnierzy nabrać popiołu ze zgliszcz.
-Czy to wystarczy?-zapytał żołnierz,podając Barb naczynie.
-W zupełności.
Włożył pojemnik z popiołem do plastikowej torebki i wróciła do swego namiotu.Część popiołu była w grudkach,więc postanowiła od razu je rozetrzeć.Kiedy to robiła,plastikowy nożyk natrafił na coś metalowego.To,co Barb wyjęła,okazało się płaskim metalowym krzyżykiem noszącym ślady ognia.Napis na nim był jednak ciągle wyraźny:”Jezus jest naszym Panem”.
Aniołowie,tęcza,nowe życie wśród popiołów to wszystko są znaki dla stęsknionego serca.”Przekaz wydał mi się bardzo klarowny-mówi Barb.-Bóg idzie znami przez okropne pożary naszego życia,a my powstajemy nietknięci z popiołów”.

Na podstawie książki „Spotkanie z Aniołem”Joan Wester Anderson

Widziałem ślady aniołów na ziemi,
Kwintesencja niebiańskiego piękna na tym świecie.
(FRANCISZEK PETRARKA)

Bambie i Francis mieszkają w Pasay City na Filipinach.Francis jest programistą,a Bambie pracuje w banku.Mają czteroletnią córeczkę Nicole.
Pewnego niedzielnego popołudnia,gdy Francis i Bambie przygotowywali się do poniedziałkowej gorączki w pracy,Nicole przyniosła ojcu swoje buciki.”Tatusiu,widzisz?Sprzączka się zepsuła”.
Czy dzieci zawsze muszą czekać ze wszystkim do otatniej chwili?Francis popatrzył na bucik.”Nie mógłbym pozwolić mojej córce pójść do szkoły w odpietym bucie-mówi-więc zdecydowałem,że muszę go od razu zanieść do szewca”.Poszukał innej pary butów Nicole,z których już wyrosła,a które miały taką samą sprzączkę.”Aby trochę zaoszczędzić,postanowiłem zabrać też tę parę;być może szewc mógłby użyć sprzączki ze starej pary do naprawienia nowej”.
Sklepik,do którego Francis zaglądał,znajdował się w pobliżu.Zaraz przy wejściu były dwie ławki ustawione naprzeciwko siebie.Ponieważ na jednej już ktoś siedział,Francis usiadł na drugiej,trzymając w ręku buty do naprawy.Obok stała szkalna półka z wystawionym obuwiem.Choć zapadał już zmrok,ulice były zatłoczone,pełne śpieszących się i rozmawiających ludzi.Francis zaczął rozmyślać o swoich planach na nadchodzący tydzień.
Ni stąd,ni zowąd,poczuł,że ktoś go pcha do przodu,spychając z ławki na podłogę.W chwili,gdy starał się jakoś utrzymać równowagę,usłyszał cztery wystrzały.Strzelanina!Przerażony schylił się jeszcze niżej i razem z innymi ludźmi w sklepie skulony schował się za kontuar.
-Wygląda na to,że kogoś obrabowano-stwierdził sklepikarz z oczami szeroko otwartmi z przerażnia.
-W tej ruchliwej okolicy?Nie ma mowy!-odezwał się jeden z klientów.-Zobaczymy,co się dzieje.
-Lepiej nie-odezwał się na to Francis.
Czuł się dziwnie,jakby zaatakowała go jakaś nieziemska siła,a popchnięta lewa strona ciała była ciągle ścierpnięta.Nie miał wątpliwości,że powinni zostać tam,gdzie są.
-Może pan wszystko sprawdzić,jak będzie bezpiecznie-powiedział stanowczym głosem-ale nie teraz.
W tym momencie padły kolejne strzały.Ludzie popatrzyli na Francisa.Miał rację.
W ciągu następnych minut strzelanina ucichła,przyjechała policja.Porównano zeznania świadków,ale ponieważ każdy był wytrącony z równowagi,niewiele z ich słów wynikało.Francis dowiedział się tylko,że obrabowano sklep z komputerami znajdujący się obok sklepu szewca.Wywiązała się strzelanina między ochroną sklepu a rabusiami.Tym ostatnim jednak udało się uciec.Ciekawscy zebrali się koło półek w sklepiku i przyglądali się czemuś,co leżało na podłodze.Francis zaintrygowany też tam podszedł.
To,co zobaczył,spowodowało,że na plecach poczuł przeszywające go dreszcze.Dwie kule przebiły szybę wystawową tuż obok miejsca,gdzie siedział,a szkło rozsypało się wszędzie dookoła.Jedna z kul,kaliber 45,znalazła się na podłodze za półką,a druga,kaliber 38,także uderzyła w szybę i zatrzymała się na parze butów.Dwa dzikie strzały z dwóch różnych pistoletów leciały prosto w jego kierunku.”Jedna z tych kul przebiłaby mi płuca,a druga utkwiłaby w kręgosłupie…gdybym sie nie ruszył,zanim nadleciały.
Ale on się ruszył.To ktoś go popchnął.Stojąc tak,Francis przypomniał sobie potężne uderzenie,które ciągle czuł,bo jego lewy bok nadal był ścierpnięty,i które rzuciło go na kolana.Jednak nie było tam miejsca,by ktoś mógł stać.Czy to był jego Anioł Stróż upewniający się,że Francis nie jest na linii strzału?”Zawsze wierzyłem w Anioła Stróża,ale wtedy odczułem jego opiekę w sposób namacalny”.
Bo cóż innego to mogło być?Roztrzęsiony szewc podszedł do Francisa i powiedział:
-Jeśli może pan poczekać,naprawię te buty od razu.
-Mogę poczekać-zgodził się Francis.
Wiedział,że nie ma się czego obawiać.Kiedy wrócił do domu,opwiedział Bambie,co się stało.Była tak samo zaskoczona,jak i on.”Nie byłam zbyt religijna-mówi Bambie-ale tam gdzieś jest Ktoś,kto się o nas troszczy.Dziękuje Mu za błogosławieństwo życia i miłości”.

Na podstawie książki „Spotkanie z Aniołem” Joan Wester Anderson

ciąg dalszy…
Nie było trudno obliczyć,ilu małych pacjentów spędzi święta na oddziale intensywnej terapii w tym roku.Terry podzieliła się swoim pomysłem ze szpitalnym koordynatorem do spraw dzieci,a kobieta od razu zamówiła trzydzieści aniołów!Trzydzieści!Terry nie spodziewała się tak dużego zamówienia,ale wróciła do domu i od razu zabrała się do pracy.Czuła,że powinna zrobić ich nawet więcej.Kilka dni przed świętami pani koordynator zadzwoniła ze szpitala,aby poinformować Terry,że w szpitalu zostanie na święta siedemdziesięcioro dzieci.”Na wszelki wypadek zrobiłam więc siedemdziesiąt dwie lalki i zawiozłam do szpitala”.
Jak się okazało,w szpitalu było siedemdziesięciorga dzieci,ale siedemdziesiąt dwoje.Każde z nich otrzymało swojego anioła,nawet nadliczbowe dwa pojawiły się nad łóżkami małych pacjentów,aby ich chronić iście po anielsku.
Wszystkie te anioły Terry zrobiła na własny koszt,a z pieniędzmi było u niej krucho.Wiedziała,że musi znaleźć sobie pracę,by zarabiać na życie.Ale ona już ją miała.Choć Bóg wydawał jej się bardzo odległy,Tery czuła,że praca nad aniołami była jej wołaniem i powoli zaczęły nadchodzić zamówienia.
Poza aniołami na sprzedaż Terry robiła także co roku około sześćdziesięciu aniołów do szpitala.Tylko nielicznym zwierzyła się ze swojego przedsięwzięcia.Wolała pozostać anonimowa,by to anioły były najważniesze.Cała sytuacja miała swoje złe i dobre strony.”Stan moich płuc się pogarszał,a jednocześnie wszyscy,którzy kupowali ode mnie anioły,zastawali moimi przyjaciółmi.Choć nigdy ich nie spotkałam,stali się modlącą za mnie wspólnotą,a ich przyjaźń dodawała mi sił.Najbardziej pomagała mi Johanna,to ona kupiła pierwszego anioła”.
Kolejne dni były dla Terry wyzwaniem i darem,który przyjmowała z wdzięcznością.To dziwne,ale każda wykonana lalka była piękniejsza od poprzedniej…”Wierzę,że Bóg popchnął mnie w tę stronę”.Ale Bóg jeszcze nie skończył.
W styczniu 2003 roku Terry dowiedziała się,że konieczny będzie przeszczep płuca.Lekarz poiformował ją,że nawet po przeszczepie będzie miała przed sobą zaledwie pięć lat życia.Był jednak jeszcze jeden problem.”Gdybym była wpisana na listę do przeszczepu,potrzebowałabym kilku transfuzji krwi po zakończeniu operacji”-wspomina Terry.W wielu przypadkach to do pacjentów należy zorganizowanie dawców…Brak krwiodawców był wystarczającym powodem,by Terry została usunięta z listy oczekujących na przeszczep.
Tak blisko ,ajednak tak daleko.Terry wróciła do domu,usiadła w swoim biurze i zaczęła wpatrywać się w anioła ciągle tkwiącego na szafce.Bóg przeprowadził ją już przez tak wiele,odkąd naprawiła tą figurkę,jeszcze w Niego nie zwątpi.Włączyła komputer i podzieliła się swoimi problemami z grupą internetowych przyjaciół,którzy wiedzieli o zbliżającej sie operacji.Tego samego wieczoru otrzymała wiadomość:”Moja córka i ja mamy grupę A Rh minus.Z przyjemnością oddamy krew dla Ciebie”-Terry popatrzyła na adres nadawcy.To była Johanna,jej pierwsza klientka,jej towarzyszka w modlitwie,ktoś,kogo by nigdy nie spotkała,gdyby nie zaczęła robić lalek.
W marcu 2003 roku miała wizytę w szpitalu Duke u ordynatora oddziału transplantacji.Przez cały ten czas jej internetowi przyjaciele,jej orędownicy,modlili się za nią.Kiedy weszła do gabinetu,czuła się spokojna,otoczona miłością i aniołami.Na początku czekała ją niespodzianka.”Nie potrzebujesz przeszczepu,a wkażdym razie nie teraz.Twoje serce też jest stabilne.Uważam,że leczenie farmakologiczne będzie dla ciebie najlepszym rozwiązaniem”Terry aż dech zaparło.Została uleczona?
Tak i nie.Nie ma lekarstwa ,które by ją całkowiecie wyleczyło.”Jednak wiem teraz,że jeszcze trochę pożyję.Mogę wyobrazić sobie siebie pracującą nad moimi aniołami,a nawet mam pomysł na nowe wzory”.Nie ma czasu na zmartwienia.Przed nią jeszcze wiele pracy i miłości,którą może dać innym.
Nikt nie może być bardziej hojny niż Bóg.Czy wspaniałomyślność Terry była powodem odzyskania przez nią zdrowia?Tego się nie dowiemy.Możemy życzyć jej szczęścia i przyglądać się,co jeszcze zrobią aniołowie.

Na podstawie książki „Spotkanie z Aniołem” Joan Wester Anderson

Nauczyłem się,że jeśli kochasz życie,
ono odpłaca ci miłością.
(ARTUR RUBINSTEIN)

Jedną z miłych niespodzianek,jakie przyniósł renesans aniołów w latach dziewięćdziesiąstych ubiegłego wieku,był niespodziewanie dobroczynny wpływ tego faktu na rozwój artystów i przedsiębiorców.Ponieważ coraz więcej osób chciało rozpocząć kolekcjonowanie aniołów lub mieć w domu chociaż jeden lub dwa obrazki z ich wizerunkiem,rozkwitły małe sklepiki,a utalentowani artyści i rzemieślnicy produkowali towary,na które było ogromne zapotrzebowanie.(Do roku 1996 powstało w Stanach około dwustu sklepów z aniołami,nie licząc internetowych).Niektóre przedmioty przekraczały granice dobrego smaku,jak na przykład zasłonki do prysznica z cherubinami,jako modnym detalem,o który klienci chętnie pytali.Oczywiste było jednak,że poza tymi powierzchownymi działaniami ludzie uczyli się kochać aniołów i rosło poczucie bezpieczeństwa,jakie aniołowie przynoszą.
Jedną z takich osób była Terry Dorkins,córka wojskowego,który wraz z rodziną często się przeprowadzał,a ona kontynuowała tę rodzinną tradycję,kiedy poślubiła żołnierza walczącego w czasie wojny w Wietnamie.Terry pracowała dla Pentagonu,a później dla NASA.Ostatecznie jej rodzina osiedliła się w Durham w Północnej Karolinie,gdzie Terry zaczęła prowadzić własny biznes-tworząc grafikę komputerową dla klientów korporacyjnych.W tym czasie zaczęła poważnie chorować na płuca.Była to przewlekle zatorowa choroba płuc,której towarzyszyło nadciśnienie płucne.”Szłam do przodu-przyznaje Terry-bo nie było innego wyjścia”.Z różnych przyczyn jednak jej sytuacja finansowa była niepewna.
Do grudnia 1998 roku nastąpiło pogorszenie stanu jej zdrowia,a chodzenie i oddychanie stały się dla niej tak trudne,że nie mogła dojść do budynku z miejsca do parkowania dla niepełnosprawnych położonego tuż przed wejściem.”Musiałam zostawić moich klientów.Zawsze byłam aktywna,a to,co się ze mną działo,było bardzo przygnębiające.W domu miałam małe biuro,więc siedziałam tam i modliłam się.Co będzie z moim zdrowiem?Jak będę zarabiać na życie,jeśli będę chora?”.
Podczas przygotowań do Bożego Narodzenia Terry wyciągnęła szpic na choinkę w kształcie anioła,kupiony wiele lat temu w Wal-Mart.Kiedyś anioł był odziany w satynę i miał przymocowane złote skrzydła.Przed laty Terry dodała mu też aureolę,medalik i małą torebkę z listem dziękczynnym za wszystkie błogosławieństwa,które otrzymała.”Po świętach,zamiast go znów zapakować,zabrałam go z sobą do biura.Tam,gdzie aniołowie zaczęli uczestniczyć w moim życiu”.
Pewnego dnia Terry siedziała przy biurku,modląc się o rozwiązanie jej licznych problemów.Spojrzała na górę w stronę anioła umieszczonego przez nią na szczycie szafki na dokumenty.”Był oświetlony lampką i wyglądał jakby promieniował.Wyglądał też,jakby potrzebował czułej i troskliwej opieki oraz małej renowacji.Powinnam go przerobić”.-pomyślała,ale od razu przyszło jej też do głowy,że to głupi pomysł.Mimo jej dokonań w różnych dziedzinach,Terry nie miała pojęcia o szyciu.Nigdy zresztą niczego nie uszyła,nie potrafiła nawet przyszyć odprutej listwy czy oderwanego guzika.W ogóle nie miała talentu do robótek ręcznych.I co ma wspólnego z jej obecnymi dylematami.Czy nie powinna raczej szukać konstruktywnego rozwiązania swoich problemów?
Może powinna.Zdecydowała jednak,że poświęci trochę czasu temu aniołowi.Kiedy nałożyła mu nową szatę i przytwierdziła skrzydła z prawdziwych piór,była zaskoczona rezultatem.”Postawiłam go z powrotem na szafce.Wyglądał pięknie.Ucieszyło mnie to.Uświadomiłam sobie,że mogłabym robić takie anioły dla innych”.
Terry znalazła w Internecie producentkę lalek,która skierowała ją do innej kobiety produkującej porcelanowe lalki w jej okolicy.Obie kobiety chętnie uczyły Terry i doradzały jej,zwłaszcza jeśli chodziło o pracę porcelanową.Aby zrewanżować się jakoś za lekcje i wsparcie,Terry zaczęła robić i sprzedawać anioły do powieszenia na czubku choinki wśród rodziny i znajomych.Pewnego dnia wystawiła lalki na aukcji internetowej i przejrzała też inne strony tego typu.Dotarła do kobiety o imieniu Johanna.”Napisałam do niej maila,żeby odwiedziła moją stronę.Z biegiem czasu stałyśmy się dobrymi internetowymi przyjaciółkami”.Te wszystkie doświadczenia były bardzo ciekawe.Terry stała się emocjonalnie silniejsza,gdyż jej nowi znajomi z sieci dodawali jej otuchy i zachęty.Ale ani rachunki do zapłacenia się nie zmieniły,ani stan jej zdrowia.
Pewnego jesiennego dnia 1999 roku Johanna napisała do Terry mail.Pytała w nim,czy Terry mogłaby zrobic specjalnego anioła dla upamiętnienia wnuczki Johanny,Samanthy,która zmarła niedawno na nieuleczalną chorobę.To było trudne zadanie,związane z tyloma emocjami, i pierwsze wyzwanie dla Terry-sprostać zamówieniu pierwszego klienta.Bardzo ciężko pracowała.Efekt był fantastyczny i Johanna była zadowolona.Terry jednak nie mogła zapomnieć Samanthy.Dziewczynka była pacjętką Szpitala Uniweryteckiego Duke,który znajdował się niedaleko jej domu.”Myślałam o tym jak wiele świąt spędziła w szpitalu, i rozmyślałam o innych przebywających tam dzieciach.A gdyby dostały anioła,czy ich święta byłyby lepsze?”.

ciąg dalszy…
Wisiał na pasach głową w dół.Musiał być nieprzytomny.Samochód mógł w każdej chwili eksplodować.Nie pamiętając o własnych obrażeniach,Steve zdołał dotrzeć do auta.”Tony,uciekaj!”-krzyczał.Nie było odpowiedzi.Silnik zawarczał gwałtowniej,a benzyna wciąż sączyła się w piasek.Działając instynktownie,Steve odpiął pasy Tony’ego,złapał go i odciągnął od auta.
Gdy położył go na piasku w bezpiecznej odległości od wraku,zbadał mu puls.Był słabo wyczuwalny,ale był.Steve sam był w szoku,ale jak nauczono go w wojsku,zastosował pierwszą pomoc:poluzował ubranie Tony’ego,ułożył mu wyżej nogi,zwilżył wargi,osłonił przed słońcem.”Nie martw się,Tony,wyciągnę nas stąd-mruczał pod nosem Steve.-Wszystko będzie dobrze”.Puste słowa uleciały nad pustynią.Tony majaczył,trzęsąc się w upale.Co teraz zrobią?Steve zdjął koszulę i okrył nią Tony’ego.Potem z wielkim trudem wrócił do samochodu.Uświadomił sobie,że gdy oślepił go wirujący pisek,uderzył w wystający głaz.Samochód przekoziołkował kilka razy i od strony kierowcy był całkowicie zgnieciony.Drzwi zostały odrzucone na kilka metrów.Steve’owi włos zjeżył się na głowie..Gdyby miał zapięte pasy,zostałby zmiażdżony przez dach samochodu.Zamiast tego na skutek gwałtownego uderzenia został wyrzucony z auta.Poszczęściło mu się,ale co teraz?
Tony był poważnie ranny,więc powrót na nogach był niemożliwy.Znajdowali się naśrodku pustyni,a dookoła ciągle szalała burza piaskowa.Nie mieli żywności i zapas wody tylko na kilka godzin.Steve,choć miał radio i próbował wezwać pomoc,nie otrzymał odpowiedzi na wezwanie.”Nikt nie wiedział o naszy istnieniu,koledzy wbazie nie spodziewali się nas przed wieczorem,nie rozpoczną poszukiwań aż do jutra”.Walcząc z uczuciem bezsilności,Steve złapał broń,skrzynkę z amunicją i postrzępiony koc.Jeszcze raz rozejrzał się w poszukiwaniu obrączki,której znalezienie było jednak nie możliwe.
Tony otworzył oczy w chwili,gdy Steve wracał.
-Co,do cholery się stało?-wymamrotał.Steve opowiedział mu o wypadku,dodając swoje przeprosiny.
-Za bardzo się martwisz,chłopcze,tylko nas stąd wyciągnij.
-Jasne-Steve spojrzał na wystraszone oczy sierżanta i skłamał-zawiadomiłem chłopaków przez radio,powinni być lada chwila.
Tony lekko się uśmiechnął i zamknął oczy.Steve pochylił głowę i zaczął się modlić.
Minęły dwie godziny,w czasie których Tony chwilami odzyskiwał przytomność.Steve’a wszystko bolało i był załamany.Obawiał się śmierci Tony’ego bardziej niż własnej,ponieważ czuł się odpowiedzialny za wypadek.Po raz pierwszy,odkąd brał udział w tej wojnie,rozpłakał się.
Nagle coś się zmieniło w pustynnej atmosferze.Czy to był dźwięk czy wołanie?Steve podniósł się gwałtownie i zmrużył oczy,by móc coś znowu zobaczyć przez ciągle wirujący piasek.Czy ktoś się do nich zbliżał?Czy był to wróg?Nie!”Hej”-zaczął krzyczeć w kierunku amerykańskiego humvee z jednym żołnierzem za kierownicą.Steve ledwie mógł uwierzyć.Czy to sen?”Nie odjeżdżaj!”
To jednak nie była fatamorgana.Humvee zbliżył się,żołnierz wysiadł,podszedł do Steve’a i położył mu rękę na ramieniu.
-Proszę leżeć spokojnie,zajmę się panem,wyciągniemy was.Mówiąc to uśmiechnął się.Steve był zaskoczony.Pamiętał ten uśmiech.To był Matthews,lekarz wojskowy,któremu kilka miesięcy temu wskazał drogę.
-Jak…?-zaczął Steve.
-Ja też się cieszę,że cię widzę-Odparł radośnie Matthews.
-Zostałem wyznaczony do eskortowania pojazdów.Jakieś dziesięć minut za mną podąża konwój.Zaraz tu będą.
-Jak nas tu znalazłeś?-nalegał Steve wciąż zdumiony przybyciem Matthews.-Dotarło moje wezwanie przez radio?
-Jakie wezwanie?Przejeżdżamy tędy w drodze powrotnej.
„Drodze skąd?”-chciał zapytać Steve,ale zamiast tego opadł z wdzięcznością na piasek.Chciał,by ktoś wziął na siebie część odpowiedzialności,jaka na nim spoczywała,bez względu na to,jaki cudowny zbieg okoliczności go tu sprowadził.Tracąc i odzyskując przytomność,czuł,że żołnierz zajmmie się Tonym,a później także i nim.Matthews przywiązał Steve’a do długich noszy,rozciął mu spodnie,odpiął kaburę,zabezpiczył jego rękę i dał środek przeciwbólowy,a wszytko delikatnie i z wprawą.Steve był uratowany,a co ważniejsze-uratowany był Tony.Słychać było zbliżający się helikopter ratunkowy.To był cud…
Steve przekonał się,że konwój,który miał prowadzić sierżant Matthews,nigdy nie nadjechał.Kto wezwał pomoc?Być może nigdy się tego nie dowie.Jego modlitwa została jednak wysłuchana,a teraz zbliżał się helikopter i podnosił piasek.Kiedy wylądował,czterech sanitariuszy podbiegło do nich.Podnieśli płócienne nosze,na których leżał Tony,i zanieśli do helikoptera,a potem wrócili po Steve’a.

- Dziękuję!-krzyknął Steve do Matthews,kiedy mężczyźni go podnosili,ale wysokie dźwięki wirnika helikoptera były zbyt głośne.Nie było szansy,żeby Matthews go usłyszał.Sierżant jednak podbiegł do Steve’a,schylając się pod śmigłem i uśmiechając się w ten swój niesamowity sposób,wsunął mu coś do ręki.Potem z kciukiem podniesionym do góry w geście poparcia odwrócił się.Steve otworzył dłoń.Trzymał w niej złotą obrączkę,trochę pogiętą,ale jaśniejącą jak obietnica nowego życia.Jak to możliwe…
Jednak czas na pytania się skończył.Zaczął się czas na odpoczynek i kurację.”Dzięki ci,Matthew.Dzięki,Ci Boże”.Steve wsunął obrączkę na palec i położył się w chwili,gdy helikopter wzniósł się nad ziemią.

Na pdstawie książki „Spotkanie z aniołem” Joan Wester Anderson

***
Sierżant żandarmerii Steve Manchester był przy przekraczaniu granicy Arabii Saudyjskiej z Irakiem w czasie operacji „Pustynna Burza”.To było piekło na ziemi.Wojna na lądzie trwała cztery dni,a dokonała się historia”.Ale dla Steve’a wojna miała trwać jeszcze długo.Jak wielu innym żołnierzom zostało mu sporo do odsłużenia.
Dwa tygodnie po ostanich wystrzałach w Iraku Steve miał wartę w punkcie kontrolnym na pustyni.Punkt ten niczym się nie różnił od innych podobnych w tym rejonie.Prowizoryczna żwirowa droga wytyczona wśród piasku była podobna do innych takich dróg.(Żołnierze orientowali się w terenie tylko dzięki urządzeniom GPS i mapom).Steve był zniechęcony i tęsknił za żoną.Byli małżeństwem od niedawna,a gruba złota obrączka na palcu ciągle wydawała mu się czymś dziwnym.
Nadjechał samochód.Okazało się,że to Amerykanie,więc Steve pomachał.Kierowca był lekarzem,a na jego tabliczce wojskowej można było przeczytać”Matthews”,wyglądał na zakłopotanego,ale uśmiechał się serdecznie.”Człowieku,cieszę się,że cię widzę.Natrafiłem na burzę piaskową i zgubiłem swój konwój.Powinienem być na głównej drodze zaopatrzeniowej Zielonej.
Steve się zaśmiał.Cały ten rejon był jego obszarem patrolowym,tak dobrze go znał,że mógłby przemierzą te drogi po ciemku.Dał zadowolonemu Matthews wskazówki,popatrzył,jak odjeżdża,i wrócił do zwykłej pustynnej monotonii.Minęło kilka męczących miesięcy.Służba była ciężka,zwłaszcza przekazywanie więźniów czy ratowanie dzieci,które nieszczęśliwie weszły na minę przeciwpiechotną.Wszystko w temperaturze powyżej 50 stopni Celsjusza.Wielkie żuki gnojarze,węże,skorpiony i inne insekty wślizgiwały się w nocy do śpiworów,które miały gwarantować kilka godzin prawdziwego wypoczynku.Steve uważał jednak,że najgorszy był piasek-drobniutki jak cukier puder,przylepiał się do spoconego ciała jak smoła do powierzchni buta.Nawet wtedy gdy brali prysznic,myli zęby czy jedli.
Któregoś dnia po południu,gdy wojska sił sprzymierzonych zaczęły przemieszczać się na południe,sierżant Steve’a Tony Rosini podszedł do niego i zawołał:”Hej,dzieciaku,a co byś powiedział na wypad do Arabii Saudyjskiej?Kolano mnie boli,potrzebuję środków przeciwbólowych.Muszę się trochę oderwać od tego wszystkiego.Ty też byś mógł”.Nie czekając na odpowiedź,wskoczył do samochodu na siedzenie pasażera,a za nim Steve.Zrobiłby wszystko,by urozmaicić sobie nieco tę monotonię.
Dobrze im się jechało po zakurzonej drodze;śmiali się i żartowali.Steve prowadząc,rozglądał się po pustkowiu,by mieć pewność,że nikt za nimi nie jedzie.”Mogliśmy się natknąć na Straż Republikańską,która wyrwała się spod kontroli,lub grasujących żołnierzy irackich,którzy wyszli z ukrycia”.
Nikogo jednak nie było,a mieli zaledwie godzinę jazdy do granicy z bezpieczną Arabią Saudyjską.Właśnie wtedy jednak błękitne niebo zmieniło kolor na pomarańczowy,a wiatr uniósł piasek.Burza piaskowa!”Nadeszła jak wielka fala,niosąc ze sobą tony piasku.Procedury nakazywały nam w takiej sytuacji znaleźć schronienie i przeczekać”-wspomina Steve.Steve zwolnił i odwrócił się,by zobaczyć,jaką drogę przemieszczają się zwały piasku.
Gwałtowny podmuch nadszedł z prawej strony samochodu.Jakby w zwolnionym tempie humvee wywrócił się na lewy bok na stronę kierowcy.Przednia szyba pękła na górze,a potem jak pajęczyna pęknięcie rozeszło się po całej szybie.Pustynia zdawała się wirować bez końca.Ciężki polowy telefon uderzył Steve’a w tył głowy i Steve stracił przytomność.
„Czułem się,jakbym wpadł do basenu z ciepłą wodą.Wrażenie było niesamowite.Wszechogarniający spokój,którego życiu nie doświadczyłem w takim stopniu.Patrzyłem,jak przesuwają mi się przed oczami obrazy z mojego życia,jakbym oglądał pokaz slajdów.Byłem w euforii”.Wtedy Steve pomyślał o żonie.Nie zaczęli jeszcze na dobre wspólnego życia i mieli przed sobą wspólną przyszłość.Nie,nie podda się śmierci,nie tu,na pustyni!
Zmagania z samym sobą trwały krótko i niebawem mógł,mimo przeszywającego bólu,otworzyć oczy.Najpierw spojrzał na swoją lewą rękę.Nie było na niej obrączki.Dziwnie się poczuł.Leżał na piasku i nagle zadał sobie sprawę,że jest daleko od samochodu.Pomimo bólu zdołał się odwrócić i zobaczył,że humvee leży na dachu,kilkanaście metrów od niego.Silnik wciąż działał a paliwo sączyło się i wsiąkało w piasek.Powoli zdołał się podnieść i zrobił kilka kroków.Wtedy zobaczył Tony’ego.


  • RSS